Temat napewno interesujący panie, ale również wszystkich tych, którzy prowadzą siedzący tryb życia (w tym autor tego posta).
Najkrócej rzecz biorąc, łopatologicznie:
- Kiedy? Biegaj rano, na czczo. Wypij przed biegiem kawe czarną, która przyspiesza metabolizm. Napewno odradzam jogurty. Bieganie po jogurcie jest gorsze od najgorszego.
- Ile? Biorąc pod uwagę, że po ok. 15-25 minutach organizm dobiera się do zapasów, a na tym nam zależy, przydałoby się biegać minimum 30 minut. Można sobie zrobić minimalne przerwy np. na łyk czystej, niegazowanej wody źródlanej. Najlepiej codziennie, ale zalecane są przerwy 1-2 dniowe, żeby poczuć “głód biegania” ;o)
- Jak? Najlepsze jest to, że bieg wspomagający odchudzanie powinien być “łagodny”. Nie forsuj tempa. Biegnij tak, żebyś mógł swobodnie rozmawiać, jeśli nie z realnym partnerem, to chociaż ze samym sobą. Nie ma przesady w dialogu samego z sobą, jako że to ponoć pierwszy krok do szalenstwa; ale kto przy zdrowych zmysłach biega rano? Paradoksalnie, zbyt wysokie tempo (tak naprawdę zbyt wysokie tętno) ogranicza dostęp do zasobów tłuszczu, który ma zostać zamieniony na energię do pracy mięśni, na rzecz spalania szybko dostępnych węglowodanów albo i mięśni!
Zachowaj zdrowy rozsądek. Jeśli dopiero zaczynasz biegać – biegaj dystanse po kilka minut z np. minutowym odpoczynkiem.
Na koniec dodam to, co na początku powinno zawsze wystąpić – czyli rozgrzewka. To ważny element każdej dyscypliny. Szczególnie przydatna rano, gdy mięśnie i ścięgna są zastane po nocy. Naprawdę warto “zainwestować” kilka minut w rozciąganie, niż leczyć kontuzje tygodniami.
Na temat sposobów rozgrzewania możnaby pewnie doktorat napisać, także odsyłam zainteresowanych do sieci.






